Odkąd paletki Make Up Revolution zawładnęły internetem wiedziałam, że któraś z nich musi trafić w moje ręce. Trochę z dystansem podchodziłam do coraz to nowszych egzemplarzy (np. Iconic) czekając na coś, co faktycznie przyspieszy bicie mego serca. I tak się stało przy paletkach czekoladach - mój wariant, na który się skusiłam to dość kultowa już death by chocolate.
Staram się nie kupować cieni - mam obecnie 4 paletki Sleeka i dość duże wyrzuty sumienia, że jest ich za dużo;). Jednak zestawienie kolorystyczne Death by Chocolate skutecznie mnie do siebie przekonało. Kupiłam ją przy okazji DDD (dzień darmowej dostawy) i ze zniżką, więc za 30zł była już u mnie w domu;)
Zaskoczyły mnie gabaryty całej kasetki - jest zdecydowanie większa od tych, które wypuszcza Sleek. Mimo plastikowego wykonania całość jest solidna i nie rozleci nam się w rękach. Duży plus za lusterko - lubię je w takich paletach - są praktyczne w podróży.
A jak z jakością cieni? Okazuje się, że internety nie kłamały i cienie są naprawdę bardzo dobrej jakości. Ciut lepsze od Sleeków! Uwielbiam te połyskujące, które nałożone na bazie trzymają się cały dzień. Na zdjęciu wyżej pokazałam kilka wybranych kolorów (nałożone bez bazy).
Trzeba również wspomnieć o jakże innowacyjnym pomyśle, na jaki wpadła marka MUR - powiększony matowy beżowy cień (do rozcierania) oraz połyskujący/rozświetlający z drobinkami, który spełni rolę również rozświetlacza do twarzy. Te dwa zdecydowanie najszybciej się zużywają w takich paletkach!
Death by Chocolate to produkt naprawdę godny uwagi. Zestawienie kolorów pozwala na dużą różnorodność (od dziennych do wieczorowych makijaży) oraz będzie pasować większości z nas. Odkąd ją kupiłam, a minęło już dobre pół roku - prawie w ogóle nie sięgam po moją dotychczas ulubioną paletkę Au Naturel;)
No i ten design... jest naprawdę uroczy! ;)
Dajcie znać co sądzicie o tych paletkach? A może same skusiłyście się na jedną z nich?











